Angelika kontra Amanda, a do tego wszystkiego jeszcze Magdalena. Zastanawiałem się, która jest dla mnie ważniejsza. Nie wiedziałem tego, dlatego sięgnąłem do wspomnień. Magdę skreśliłem od razu. Gdyby coś dla mnie znaczyła, to bym jej nie zdradzał. Pozostała więc Angela i Amanda. Jedna siedziała grzecznie na zajęciach szkolnych, a druga nie dawała znaku życia po tym "gwałcie". Martwiłem się o nią, ale w obawie o moje dzieci postanowiłem nie kontaktować się z nią jako pierwszy. Zabawne, że teraz pragnąłem by zadzwoniła, a kiedyś zignorowałem jej telefon z powodu korepetycji Angeliki. Wtedy był dzień… takie coś co jest po nocy i przed nocą. Czasami
człowiek uważa, że dni są za długie, bo on już pada z nóg w południe. Ja z kolei
uważałem, że są za krótkie, zawsze mi brakowało czasu. Teraz też zajmowałem się
trzema rzeczami na raz, a jeszcze ten telefon ciągle dzwonił. Piąty raz na
ekranie mojego Samsunga wyświetlił się tyłek w stringach NY, na zdjęciu
widoczne były także uda, a na każdym z nich znajdowała się czerwona
kokardka. Postanowiłem odebrać…
– Co jest mała?
– Hubert, mam kłopoty. W szkole – mówiła zadyszana i tak z
przejęciem.
– A ja w pracy, wypijemy za to drinka wieczorem jeśli
chcesz. Będzie on albo na smutki, albo na radość, że sobie poradziliśmy z
przeciwnościami. – Stanąłem przed oknem, z dziesiątego piętra miałem piękny
widok na całe miasto, ludzie wyglądali jak mrówki, a samochody były jak pudełka
zapałek.
– Hubert! – ryknęła Amanda i tym wyrwała mnie z rozmyślań.
– Co mała?
– Przyjedź do tej szkoły, proszę – stękała dalej bez
sensu. – I zabierz mnie stąd. Nudzę się.
– I to są te twoje kłopoty? Nuda? Chciałbym się teraz
nudzić, wiesz?
– To się ponudzimy razem, w łóżeczku u mnie –
zaproponowała, a mnie na samą myśl zrobiło się gorąco i to na tyle, że musiałem
poluzować krawat i odpiąć górny guzik mojej fiołkowej koszuli.
Już miałem przystać na propozycje tej blond piękności ze
sporą dozą inteligencji i kształtnym biustem, ale usłyszałem jak drzwi od
mojego gabinetu otwierają się, a w nich staje dziewczyna ubrana w czarne
śliskie dresy i niebieską bluzę z kapturem. Kaptur oczywiście miała na głowie co
nieszczególnie mi się podobało.
– Spóźniłaś się, jak zwykle zresztą – rzuciłem w jej
kierunku, a rozmowę telefoniczną zakończyłem bez najdrobniejszego pożegnania.
– Sorry, w sklepie kolejka była – odpowiedziała i usiadła
przy jednym z biurek. W pomieszczeniu były aż trzy.
– Po cholerę było tam wchodzić? Jak chcesz sobie połazić
po sklepach to wychodź wcześniej z domu by zdążyć – zwróciłem jej uwagę i
usłyszałem jak położyła zeszyt przed sobą, po czym zaczęła szeleścić jakimś
papierzyskiem.
– Po batonika... nie czepiaj się 5 minut cię nie zbawi.
Chcesz gryzka – zapytała wyciągając
batonik w moją stronę, bo zacząłem się wtedy już do niej zbliżać.
– A, co mi tam. Dawaj! – powiedziałem z entuzjazmem i
chapłem jej połowę. Pewnie ugryzłbym więcej, ale dalej był już papierek i jej
palce.
– Ej! – krzyknęła z oburzeniem. – Moje dwa pięćdziesiąt –
dodała.
– Naprawdę dobre, dzięki. – uśmiechnąłem się do niej niby
sztucznie, ale wewnętrznie byłem szczęśliwy i spokojny. Przy żadnej innej
kobiecie tego nie odczuwałem, nigdy wcześniej, ani przy żonie, ani nawet przy
matce, a już z pewnością nie przy Amandzie. Puściłem do tej małolaty jeszcze
oczko i oddaliłem się.
– Więcej cię niczym nie poczęstuje, jesteś za łapczywy – stwierdziła
z taką uroczą minką.
– No co, szybciej
zjesz, szybciej zaczniesz odpowiadać na moje pytania, ty materialistko. Co tam
ostatnio przerabialiście? – zapytałem chwytając za to coś pogniecione, ulane
czymś, sztywne od tego ulania. Tak czy inaczej ona zwała to zeszytem.
– Te takie krzyżyki – odpowiedziała z uśmiechem i dumom w
głosie, ale ja nie podzielałem jej radości w tej chwili. Chciałem przybrać
surowy wyraz twarzy, ale mi to się nie udawało, przybrałem więc minę ironisty i
cynika za razem.
– Chyba na religii, a ja mała nie pytam o religię. O matmę
mi chodzi.
– No o matmie mówię. Pozioma kreska i pionowa, i one miały
strzałki, i się zaznaczało kropki na x i y.
– A te x i y to co to są? – zapytałem z nadzieją w glosie
i usiadłem na biurku, przy którym siedziała, lewym bokiem do niej.
– Kreski? – odpowiedziała pytająco. Momentalnie zmienił mi
się nastrój, byłem jednak cały czas opanowany, ale postanowiłem jej tego mojego
opanowania nie okazywać. Ta dziewczyna doprowadzała mnie do skrajnych emocji i
uczuć, miała prawo o tym wiedzieć skoro były jej zasługą. Wstałem energicznie z
biurka, trzasnąłem zeszytem, który wcześniej przeglądałem. Spadł on tuż obok
jej dłoni co sprawiło, że natychmiastowo ją schowała pod biurko.
– Kreski to ja ci za moment mogę z prezentować, na
dłoniach od linijki – warknąłem ostro.
– Tak, tak jasne. Już wiem to były te no... ości! –
wykrzyknęła dumna z siebie.
– Ości? – zapytałem z niedowierzaniem i myślałem, że ją
rozniosę, przecież dzieci w podstawówce wiedzą jak się zwie prosta z podziałką,
zaznaczonym kierunkiem i punktem zerowym, a ta mi tutaj pajaca z siebie
strugała.
– No, jakoś tak, nie? – zapytała tak całkiem normalnie,
zwyczajnie.
Nie wytrzymałem, musiałem się przespacerować, podszedłem
do parapetu, popatrzyłem z góry na to zabiegane mrowisko ludzi, samochodów i
innych takich. Zrobiłem łyk zimnej kawy, bo stała obok moich rąk, które
dotykały zimnego drewna.
– Ości, oci, osi – Angela prawiła sama do siebie w tym
czasie i usilnie starała sobie przypomnieć prawidłową nazwę. Postanowiłem jej
nie przeszkadzać i dać czas do namysłu. – Hubert już wiem! – wykrzyknęła
uradowana. – To były osie! – dodała nie ciszej.
– No tak, a jak inaczej się je zwie? –zapytałem odwracając
się w jej kierunku. Kubek już zostawiłem w spokoju bo i tak był opróżniony do
ostatniej kropli tej czarnej cieczy.
– Osie liczbowe?
– Jeszcze inaczej. Może mała podpowiedź, co to jest oś? Z
czego jest zbudowana? – zapytałem, a Angela już otwierała usta by udzielić
odpowiedzi. Spodziewałem się jednak jaka to będzie odpowiedź więc zapobiegawczo
ją przystopowałem. –Jak mi powiesz, że ze strzałki to ci... – Przy ostatnich
słowach pogroziłem jej palcem.
– Kres... kreś...wykres to był chyba – odpowiedziała po
dłuższej chwili.
– Nie
rozumiemy się – stwierdziłem. Wziąłem więc kartkę z mojego biurka, narysowałem
prostą kreskę i strzałkę skierowaną w prawo jej końcu. – Co to jest? –
zapytałem spokojnie kładąc kartkę na blat biurka przy którym siedziała.
Patrzyła tak raz na karteczkę, raz na mnie, znów na karteczkę, znów na mnie. –
Angela nie mamy całego dnia – przypomniałem jej.
– Wiem... no, ale nie, bo mnie okrzyczysz, ale dla mniej to
jest kreska ze strzałką. Nie pamiętam jak to się nazywało – wyznała smutno, z
taką minką, że normalnie kariera w tatrze to przed nią otworem nie stała, z
góry było widać, że to tak specjalnie ją przybrała.
Oparłem sobie brodę na kciuku, palcem wskazującym
popukałem się w czubek nosa, ot tak, dla uspokojenia. Jednak nie przyniosło to
żadnego rezultatu. Postanowiłem przestać nad nią stać. Zająłem miejsce
naprzeciw tej młodej damy.
– Dlaczego ty znowu nieprzygotowana przychodzisz? Co ty
masz innego do roboty niż nauka? – zapytałem
– Bardzo dużo rzeczy, ale ja to pamiętałam, ale mi
wyleciało jak tu weszłam, bo to wszystko ma podobne nazwy i głupie nazwy –
odpowiedziała, a ja myślałem, że za moment ją normalnie zdzielę.
– Angela, ja cię mogą uczyć. Wytłumaczyć ci jak nie
rozumiesz, ale ty podstaw nie znasz. Wiesz jak to jest z matematyką? To nie
jest jak polski i historia, że nauczysz się na pamięć zaliczysz, zapomnisz i
potem możesz się nie uczyć kilku rozdziałów pod rząd, a piętnasty znowu na
pamięć. – Starałem się tłumaczyć dokładnie i rzeczowo. – W matematyce jeden rozdział
jest zależny od drugiego. Jeśli dzieciak nie nauczy się dodawać, to i dzielić
nie będzie potrafił. Jeśli nie wiesz co to jest oś, to powiedz mi co to jest
prosta w takim razie? – zapytałem, ale już nawet nie liczyłem na prawidłową
odpowiedź.
– To jest kreska, odcinek bez końców.
– Odcinek bez końców? – powtórzyłem po niej, ale pytająco.
– To w takim razie co to jest odcinek?
– To kreska z końcami. Prosta z końcami. – Miotała się,
ale zdała się być pewna ostatniej z odpowiedzi.
– Ma dwa końce i żadnego początku. Tak jak twoja edukacja,
według ciebie oczywiście – zakpiłem delikatnie.
– Ma koniec i początek, no o to mi chodziło – wyjaśniła, a
ja patrzyłem się na nią i byłem coraz bardziej załamany.
– Weź kartkę, jest w szufladzie – poleciłem. – Długopis
też jest, bo ty oczywiście nie pomyślisz by takie coś wziąć – dodałem po
chwili, bo kartkę już miała przed sobą, ale siedziała i się w nią lampiła,
zamiast pomyśleć, że będzie po niej piśmić.
– Nie, bo mam, ale czerwony, taki od ciebie. – Uśmiechnęła
się do mnie radośnie, a ja tak sztucznie do niej, tak wymuszenie i złośliwe.
– Jak chcesz jeszcze kilka długopisów to bierz, są tam
takie w biurku z logiem firmy – powiedziałem zaczepnie. Otworzyła wszystkie
szuflady po kolei, poprzeglądała, wreszcie raczyła się odezwać.
– Za długopisy dziękuje, mam jeszcze ten zapas od ciebie,
ale notesikiem i zapalarką nie pogardzę – odrzekła zamykając z trzaskiem te
wszystkie szuflady co je wcześniej pootwierała, a do kieszeni już władowała
zapalniczkę z logiem firmy mojej żony i teścia.
– Oś liczbowa – prosta, na której wyróżniono zwrot i punkt
O zwany zerowym oraz ustalono odcinek jednostkowy. – Napisałem to zdanie na
kartce i przeczytałem na głos, potem posunąłem ją po biurku w jej kierunku.
– Ładnie piszesz – stwierdziła.
– To jak wygląda taka oś? Narysujesz ją teraz ładnie? –
dopytywałem jakbym mówił do pięciolatki.
– Tak!
Po chwili już patrzyłem na jej dzieło. Prosta pozioma, ze
strzałką w jedną stronę.
– I co dalej? – zapytałem.
– I kreski, i podpisze „X”, tak pod tą strzałką –
tłumaczyła i kreśliła jednocześnie.
– Nie jesteś w przedszkolu, po dwie z każdej strony
starczą, nawet po jednej. – Ostudziłem z lekka jej zapał.
– Dobra, dobra.
– Brak „o” zwanego punktem zerowym. Jesteś inteligentna, a
nie potrafisz na spokojnie narysować tego co ja opisałem? – zapytałem wpatrując
się w dzieło tego małoletniego Picassa jednocześnie, bo to nawet równe nie
było. Nie pomyślała, przecież o linijce.
– No, a co źle?
– Za przeproszeniem jaja sobie robisz, czy się dokądś
spieszysz!? – teraz już podniosłem delikatnie głos, ale po chwili tego
pożałowałem, przecież nie powinienem tak postępować, to była tylko młoda
dziewczyna, której nikt nie wpoił żadnych zasad.
– No przecież narysowałam.
– Ale co to jest prosta i odcinek to nadal nie wiesz?
– Prosta nie ma początku i końca, a odcinek ma początek i
koniec – oznajmiła pewnie.
– Mało matematycznego języka używasz, nie bądź prostacka,
co?
– Ale ja nie umiem tego matematycznego slangu.
– To się naucz. Będę wymagał byś się go nauczyła na
pamięć.
– Ty też nie mówisz do końca po polsku. – Angela
postanowiła mi pojechać, no bo przecież atak jest najlepszym sposobem obrony.
– Na następną lekcje ładnie wypiszesz co to jest punkt,
odcinek, prosta, układ współrzędny. I bez dyskusji, a od mojego polskiego wara,
tak? Kto tu ma kogo uczyć?
– Nie unoś się, bo ci żyłka pęknie. Nauczę się.
– Przy czym wy dokładnie jesteście? – zapytałem
– Przy układzie współrzędnych.
– I co na nim robicie? – postanowiłem dopytać.
– Zaznaczamy punkty i rysujemy proste i piszemy punkt
zerowy, a czasem jest kilka punktów i mamy je połączyć i się robi na przykład
trójkąt i jego pole, albo czasem z tego no, pitagorasa liczymy.
– A właśnie, co się oblicza pitagorasem? – zapytałem
niespodziewanie.
– Przekątną. Najczęściej przekątną, a czasami jeden z tych
boków co są do siebie prostopadłe – odpowiedziała.
– Oj nie kochanie, to nie jest przekątna typowo, choć przy
prostokątach i kwadratach nią bywa, ale już przy rąbie nie.
– Ale my tylko trójkąty – wytłumaczyła się pośpiesznie.
– A trójkąt ma przekątną? – zapytałem zaczepnie.
– To się chyba jednak inaczej nazywało.
– No to jak w końcu?
– Przyprostopadła?
– Pytasz czy odpowiadasz?
– Odpowiadam.
– Pewna?
– Tak.
– Tylko się dobrze zastanów, bo jak nie trafiłaś to
przyleje – oznajmiłem i dla zapewnienia chwyciłem linijkę, która leżała cały
czas na biurku, a z której Angela ani razu nie skorzystała, no bo po co się
trudzić, prościej rysować odręcznie, a że krzywo… ona się tam tym nie
przejmowała.
– Ta, jasne. Przyprostokątna. Stój nie! Przyprostopadła.
– O nie jest ona przekątną? Nie bywa nigdy? – dopytywałem
i bawiłem się tym kawałkiem plastiku na jej oczach. – Powiedz mi konkretnie co
obliczacie pitagorasem, a ja wezmę twój zeszyt, a mi się pomyl to naprawdę się
zdenerwuje. Ty mnie jeszcze zdenerwowanego nie widziałaś – uprzedziłem.
– No boki tego trójkąta jak są dane dwa to trzeci można
wyliczyć. I ten trójkąt musi być prostokątny.
– A jeśli jest równoboczny, albo równoramienny to nie
możemy użyć pitagorasa do obliczenia czegoś?
– To wtedy go ciach na pół i się da – oznajmiła uradowana.
– No widzisz, jednak jak nad tobą groźba takiego ciach
jakimś cosiem wisi to lepiej ci się myśli i lepiej ci się z twojej wiedzy
korzysta. A jak jest prostokąt, to nie możemy z pitagorasa korzystać?
– Możemy, to wtedy trzeba mu przekątną nakreślić i wtedy
się da.
– A przy trapezie? Równoramiennym – dodałem po chwili, że
o równoramienny mi chodzi.
– To dwie przekątne narysować
– No tak, tak też można, ale rusz główką. Gdybym zechciał
mieć wszystkie trójkąty prostokątne, to co wtedy z tym trapezem? Da się czy nie
da? – zapytałem i podsunąłem jej pod nos rysunek trapezu, który właśnie
wykonałem. Mój był równiutki, bo przy użyciu linijki.
– No to mówię, że go na cztery podzielić.
– Przez przekątne?
– Eheś.
– Wtedy nie będą wszystkie prostokątne. – Zwróciłem jej
uwagę.
– A nie czekaj to w tym latawcu było. Ale w rąbie to ja
nie wiem.
– A może będą co? Jak sądzisz? – podpuszczałem ją
odrobinkę.
– Przekątna jest dobra na wszystko – stwierdziła nawet nie
spojrzawszy na rysunek.
– Nie na to.
– To co z tym trzeba? Z tym się nie da i tyle.
– Może inaczej jeśli trapez jest równoramienny to jego
przekątne są zawsze w stosunku do siebie takie, że przecinają się pod kontem
prostym, co znaczy inaczej pod kontem dziewięćdziesięciu stopni, a co gdy
trapez jest nierównoramienny?
– To się nie da. – Dla Angeli zawsze jak rozwiązania
trzeba było się doszukiwać, to go po prostu nie było, by się nie musieć
wysilać, ale jeśli się na nią nacisnęło, to potrafiła ruszyć łbem i wpaść na
prawidłową odpowiedź, a wtedy miała w oczkach takie wesołe ogniki, że jednak
sama potrafi, taka radość.
– Da się – zapewniłem.
– Nie umiem.
– Oj, biedactwo – zadrwiłem z niej delikatnie.
– Żebyś wiedział.
– Wyobraź sobie, albo lepiej narysuj trapeza co ma krzywe
ramiona. – poczekałem aż narysuje. – I poprowadź dwie wysokości. Tylko nie byle
gdzie
– Wiem przecież.
– No i co masz?
– Mam.
– Dwa trójkąty prostokątne i? – starałem się wyciągnąć z
niej prawidłową odpowiedź.
– Prostokąt.
– No to go jak trzeba ciachnąć? – zapytałem tak po jej
języku.
– Na pół, przekątną! – odpowiedziała znów taka wesolutka,
niczym dziecko co wygrało na loterii durną zabawkę, z której pocieszy się pięć
minut, a potem o niej zapomni, ale ja miałem nadzieję, że ona nie zapomni.
– Super, normalnie jestem dumny. Mam teraz dla ciebie
nagrodę. Zadowolona?
– Tak – odpowiedziała w chwili, gdy ja wstawałem.
– No to super. – Minąłem ją, podszedłem do komody przy
drzwiach po słuchawki,, porządne rażąco zielone. – Pasują ci do telefonu czy
nie? – zapytałem.
– Pasują – odpowiedziała po rozpakowaniu i sprawdzeniu.
– Ale słuchać w nich muzyki na tel to grzech, w mp3
jeszcze w dodatku. Proponuje taki dodatek . – Siedziałem na biurku obok niej i
wyciągnąłem z kieszeni mp4, też porządne i pod kolor słuchawek, od zawsze
ceniłem markę SONY. – Na tym można słuchać też w formacie MPEG – dodałem. – Musiałem
odpakować by mi koleś przerobił na polskie menu, ty po angielsku to chyba nie
zbyt nie? – wyjaśniłem i zapytałem za jednym zamachem.
– Daje rade.
– A buziaka mi dasz?
– Chciałbyś – odrzekła z uśmiechem, by mi jeszcze bardziej
tą odmową dowalić. Nie przejąłem się jednak zbytnio jej odmową, nadstawiłem
policzek. Poklepała mnie po nim dłonią, raz nawet tak mocniej, że aż
pomyślałem, czy by może jednak nie zrezygnować.
– O to ci chodziło, że się tak nadstawiasz? – zapytała,
ale w tym samym momencie jej wargi dotknęły mojego lekko zarośniętego policzka.
Przez chwilę byłem najszczęśliwszym człowiekiem na tej całej kuli ziemskiej, a
przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie usłyszałem.
– Ceść tato! – Zobaczyłem Szymona, który biegnie w moim
kierunku. Złapałem go, podniosłem do góry.
– Cześć mistrzu – powiedziałem do chłopczyka i spojrzałem
na moją żonę.
– Co tu robicie? – zapytał Szymek.
– Tatuś pomaga – zaczęła Magda, ale się na chwilę
zawiesiła tak znacząco. – Dziewczynie z matematyki, prawda Hubert? – zapytała i
rzuciła we mnie nienawistnym spojrzeniem.
– Tak, tak. Wy się chyba nie znacie. To jest Angela, a to
moja żona Magda. – Mówiłem i robiłem małemu samolot jednocześnie. Kątem oka
widziałem jak Angela podaje rękę mojej żonie, która już zdążyła podejść do
biurka. Magda jednak nie odwzajemniła uścisku, a zmierzwiła Szymkowi włosy i
się nadal na mnie gapiła.
– Mój mąż nie ma za grosz klasy. Tyle lat tłumaczenia i
nigdy się nie nauczy, że żonę przedstawia się pierwszą.
– Korzystałem z zasady, że pierw przedstawia się młodszą
osobę starszej, nie oszukujmy się nie masz już piętnastu lat – dogryzłem jej
nieco, ale sama sobie na to zasłużyła. W sumie to była tylko jej wina.
– Bez różnicy... – powiedziała przeciągle Angela i starała
się załagodzić sytuacje. – Jak się pani czuje urażona to może jeszcze raz się
zapoznamy, tym razem pani pierwsza?
– Ale twoja koleżanka tez nie ma klasy. Daj jej dodatkową
lekcje na mój koszt. To starsza osoba lub osoba wyższej rangi decyduje, czy
chce się przywitać z młodszą lub osobą rangi niższej. Podobnie jak to mężczyznę
przestawia się kobiecie, ale to kobieta pierwsza podaje dłoń. – Znów się
zaczęła wymądrzać.
– Magda skończ – powiedziałem ostrzej.
– Pani to jest chyba tylko starsza – pojechała mojej żonie
Angelika, a ja się uśmiechnąłem, właściwie to delikatnie zaśmiałem, choć
chciałem się opanować, ale nie potrafiłem. Angela w tym czasie już cyckała
lizaka, którego nie wiem skąd wytrzasnęła, a ja postawiłem Szymona na biurku
pozwoliłem mu na siebie z niego skakać. Mały to dosłownie uwielbiał. – Jeśli
pani się czuje urażona, to naprawdę możemy jeszcze raz, tak od początku, jakby
pani dopiero weszła – zaproponowała znów Angelika, bo chyba jej cisza zaczęła
ciążyć.
– Nie, ja się nie czuje urażona. Mój mąż upokarza mnie
tyle razy, w ciągu jednego tygodnia, że naprawdę, ten jeden raz więcej nie
sprawi mi różnicy.
– To dobrze, też nie miałam ochoty na szopkę – stwierdziła
małolata.
– A może Hubert ja tobie przedstawię twoją koleżankę, co?
Jak się przywitasz? – pytała Magda zaczepnie, bo obrała sobie teraz mnie za cel
do psychicznego znęcania się.
– Wolałabyś tego nie widzieć – odrzekłem pewnie, a Angela
w tym czasie wcinała lizaka i przenosiła wzrok to z Magdy na mnie, to ze mnie
na nią.
– Masz racje, wolałabym – Przyznała mi racje, moja żona,
jak jeszcze nigdy dotąd. – Przyszliśmy tylko podać zaproszenie. Szymon się
uparł bo pewnie nie wrócisz na noc. W przedszkolu jest przedstawienie – dodała
po chwili.
– No właśnie, tato. plose – powiedział Szymuś zeskakując z
biurka tym razem na podłogę i wyjął z kieszeni zaproszenie.
– Dziękuje.
– Przyjdzies? – zapytał i wlepił we mnie te swoje oczka
tak podobne do oczysk jego matki, a mojej żony, że aż nie potrafiłem w nie
dłużej patrzeć. Odwróciłem wzrok, wrzuciłem zaproszenie do biurka i
odpowiedziałem synowi:
– Jeśli będę miał czas to tak, postaram się być.
– Przyjdzie – wtrąciła się Angela.
– Nawet nie zobacył kiedy to. Nie psyjdzie, on nigdy nie psychodzi.
Mamo chodźmy juz stąd – powiedział Szymonek i chwycił Magdę za rączką.
– Dobrze synku. Do widzenia mężu i... koleżanko mojego
męża – pożegnała się moja żona.
– Ej, mały, on przyjdzie, zobaczysz – prawiła Angelika i
uśmiechała się do mojego syneczka, który pomachał jej na pożegnanie i opuścił
wraz z tym okropnym babskiem moje miejsce pracy.
– Poszli, to na czym skończyliśmy? – zapytałem Angelikę.
Aha już pamiętam, na buziaku – odpowiedziałem sam sobie i usiadłem na biurku,
tuż obok niej, tak samo jak siedziałem wcześniej.
– Wyjmij to – poleciła mi Angela
– Co? Przecież nic nie jem, możesz się nie krępować i
nawet w usta całować.
– Zaproszenie wyjmij – powiedziała wymownie.
– Po co?
– Nawet nie zobaczyłeś kiedy.
– I tak nie będę miał czasu tam być
– Pójdziesz – naciskała dalej na mnie, a mnie już to
zaczynało wkurzać. Co jej tak na tym zależało, przecież to był mój i Magdy syn,
a nie jej.
– Nie lubię takich spędowisk.
– Co mnie obchodzi czy lubisz? Pójdziesz tam, bo cię ten
fajny, mały, w loczkach o to prosił.
– Ja naprawdę lubię teatr i występy artystyczne, ale
profesjonalne, a nie w przedszkolach i szkołach gdzie dzieci się wygłupiają i
przestawiają każdy, możliwy tekst – wyjaśniłem dosadniej i wstałem z biurka, bo
na całusa nie mogłem już liczyć. Wiedziałem, że ktoś się zjawi i wszystko
zepsuje, a że była to moja żona to zepsuła po dziesięciokroć. – Jeszcze
niektóre sobie plenią. Nie wytrzymam tam, zrozum – dodałem najbardziej
przekonywująco jak tylko potrafiłem i oparłem się łokciami o biurko,
naprzeciwko niej.
– To ja nie wytrzymam tu. Więcej się nie pojawie, bo nie
lubię matmy.
– To co innego, a ten mały jest fajny tylko w połowie, bo
tylko w połowie jest mój. Wystarczy, że co drugą sobotę spędzam z nim pół dnia
w skate parku pomimo zimy.
– Kretyn jesteś – oznajmiła i wstała z miejsca.
– Angela, to jasełkowe przedstawienie. Musiałbym tam iść z
Magdą.
– No i super, nieważne jakie, ważne, że twój syn tam gra. Nie
musiałbyś iść z nią. – Dla niej wszystko było takie proste, a w rzeczywistości
to wszystko było cholernie skomplikowane, poza tym ja nie miałem ochoty na
dziecinadę teatralną.
– Musiałbym, ona zawsze chodzi na jego występy.
– Możesz iść osobno, kto ci każe z nią stać? – zapytała i
też oparła się o biurko łokciami. Miałem jej usta na kilka centymetrów od
moich, a sytuacja była nieodpowiednia by je całować. Co za perfidnie złośliwy
los!
– Musze zachowywać pozory, to moja żona.
– Pozorant.
– Gdybym nim nie był, nie byłbym tu gdzie jestem. Czasami
trzeba się ugryź w język, schować dumę do kieszeni i przejść przez życie –
powiedziałem i odchyliłem się od tego biurka, usiadłem na krześle, oparłem się
wygodnie. – Rozumiesz co mam na myśli?
– To po co ja mam udawać, że umiem to badziewie jak pół
życia siedzę na ulicy? – zapytała się mnie. – I tak nic z tego nie będzie, no
chyba, że tak jak ty znajdę kogoś kto mi zapewni to wszystko, otworzy drzwi do
kariery i wielkich pieniędzy! – zaczęła się nakręcać, a mnie zaczynało to
wkurzać.
– Siadaj – poleciłem ostro.
– Pójdziesz? – zapytała.
– Siadaj – powtórzyłem jeszcze ostrzej, ale ona nie
usiadła, oparła się o parapet, który znajdował się obok niej.
– Ty możesz wszystko, jesteś młoda. Możesz zawalczyć o
swoją przyszłość, by była inna niż teraźniejszość, by twoje dzieci nie
siedziały pół dnia na ulicy. Ja spieprzyłem sprawę, zaczynałem walkę i zawsze
się poddawałem, w chwili, gdy się wydawało że już jest ok, że już tylko prosta
do mety. Może po prostu nie umiem pracować na swój rachunek, wolę na cudzy. –
Mówiłem szczerą prawdę, ale ostro, niemal krzyczałem, ale tak po cichu. – Ty
jesteś inna niż ja, masz charakter, miej jeszcze ambicje, a osiągniesz wiele –
dodałem delikatniej, jakby prosząco, bo chciałem by osiągnęła wszystko o czym
tylko marzy.
– A teraz olewasz tego szkraba, co mu tak zależy, żebyś
chociaż na jeden głupi występ przyszedł. Nie wierze, że jesteś aż taka pizda, żeby
nie wystać tam tej godzinki. Ten mały też ma ambicje, co mu się ulatniają, jak
mieszasz go z błotem.
– Nie mieszam go z błotem. Stanęliśmy na buziaku daj w
drugi policzek, a zajrzę kiedy jest to przedstawienie – powiedziałem chcąc
załagodzić sytuacje.
– Nie zajrzysz, a pójdziesz! – krzyknęła w chwili gdy do niej
podchodziłem. I to tak głośno krzyknęła, że aż mnie to zaskoczyło.
– Za w policzek zajrzę, za taki konkretny w ustka pobiegnę,
zostanę do końca i będę bił brawa – powiedziałem opierając dłoń na zimnej
szybie tuż za jej plecami. Czułem jej oddech na moich ustach, moje tętno
przyśpieszało, serce biło spokojnie, miarowo, ale zdawało się mocniej uderzać.
– Ale z ciebie frajer– Stwierdziła.
– Nie mów tak, jestem przecież tylko mężczyzną –
wyszeptałem i liczyłem, że w końcu jej usta spotkają się z moimi.
– Nie, nie jesteś.
– Mam ci udowodnić? – zapytałem i nie czekając na
odpowiedź ciągnąłem dalej: – Czekaj udowodnię. – Odsunąłem się od niej o krok i
zacząłem rozpinać rozporem.
– Cześć ojciec – usłyszałem głos mojego drugiego syna.
Pośpiesznie zapiąłem guzik i zamek błyskawiczny moich dżinsów.
– Kurwa, czy ty się
nigdy nie nauczysz pukać! – warknąłem.
– Nie krzycz na niego – wtrąciła się po raz kolejny tego
dnia Angelika, a mnie to zaczynało już
grubsza irytować.
– Ja po trzy dychy, zaliczyłbym z kolegą jakieś kino,
pizze – wyjaśnił mój synalek.
– A ja nie jestem bankiem – rzuciłem w jego kierunku i
oparłem się obok Angeli o parapet.
– Ale oficjalnie ojcem, to dasz? – zapytał Marcel.
– W tygodniu nie ma kina, i wypadów. Masz się uczyć. Ja
mam dość twoich wyskoków. Co ty w ogóle tutaj robisz, to nie po drodze z twojej
szkoły?
– Nie wziąłem
kluczy i tak, a Mama będzie za dwie godziny – odpowiedział.
– I co, ty te dwie godziny zamierzasz w kinie przebimbać?
– dopytywałem.
– Jeszcze na pizzy, bo film to tak z półtorej trwa –
odpowiedział mi ten bezczelny szczeniak, którego jakimś cudem to ja spłodziłem,
moim prywatnym, osobistym plemnikiem. Pewnie pijany ten plemnik był, że takie
coś mi wyszło.
– Dam ci zapasowe klucze i na taksówkę. Tylko do domu masz
dojechać, dobrze wiesz, że sprawdzę czy tam dotarłeś, tak? – zapytałem.
– No, ale… – starał się jeszcze dyskutować Marcel.
– Jakieś ale? – zapytałem wymownie.
– Na pizzę chciałem iść tak i do kina się umówiłem.
– Bez mojej i matki wiedzy, bez naszej zgody. Odmówisz się
– stwierdziłem i dałem młodemu klucze do ręki.
– Nie odmówię.
– Przepraszam cię bardzo synek, ale ty się teraz ze mną
nie zgadzasz i się mnie stawiasz czy tylko mi się wydaje tak? – zapytałem. – Ty
znasz tą panią, nagle pomyślałeś, że ta pani to z kuratorium i ochrania prawa
dziecka, czy jak, że sobie na tyle pozwalasz? – zadałem kolejne pytanie, bo na
pierwsze nadal nie otrzymałem odpowiedzi.
– Nie czepiaj się go. – Stanęła w obronie mojego
pierworodnego Angelika. – Mogę być i z kuratorium jak wtedy mu dasz te pięć
dych.
–Ty się nie wtrącaj, a ty do domu śmigaj, tu masz na
taksówkę. – Wyciągnąłem w jego stronę rękę z banknotem pięćdziesięciozłotowym.
– Tak, tak jasne już biegnę – zadrwił Marcel.
– A zrób mi inaczej niż mówię, to pierwsze co jak wrócę do
domu, to tego konsekwencje poniesiesz.
– O siedemnastej będę – tłumaczył dalej mój synek.
– Nie o siedemnastej, a natychmiast!
– Pa, trzym się tatko – oznajmił i sobie wyszedł, a ja
myślałem, że mnie krew zaleje na miejscu, że ścignę gówniarza i go rozszarpie o
pierwszą futrynę jaka mi się natrafi. Miałem jednak wciąż nadzieje, że uczyni
tak jak ja poleciłem, w końcu byłem jego ojcem.
Hubert jest trochę za surowy dla tego Marcela ale co do Angeli to ma anielską cierpliwość.
OdpowiedzUsuńAle on surowy dla tych dzieci
OdpowiedzUsuńFakt, że jest dla Marcela surowy. Między Angelą, a Marcelem jest nieduża różnica wieku. Tylko, że Marcel to jego syn , a w Angeli nie widzi córki tylko kobietę.
OdpowiedzUsuń